Pożar w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie – pożar, który miał miejsce w nocy z 31 października na 1 listopada 1980 w szpitalu psychiatrycznym w Górnej Grupie, w ówczesnym województwie bydgoskim.

Placówka w Górnej Grupie była filią Szpitala Dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu. Mieściła się w gmachu XIX-wiecznego pałacu. Z powodu niedofinansowania i wieloletnich zaniedbań stan zabezpieczeń przeciwpożarowych był tam wyjątkowo zły. Pożar, spowodowany najprawdopodobniej nieszczelnością przewodu kominowego, zauważono zbyt późno, a na skutek splotu kilku czynników akcja ratunkowa była prowadzona chaotycznie i w bardzo trudnych warunkach. W konsekwencji poniosło śmierć 55 pacjentów, a kolejnych 26 odniosło ciężkie obrażenia.

Tragedia w Górnej Grupie stała się inspiracją dla licznych dzieł kultury. Upamiętnienie jej ofiar było jednak możliwe dopiero po przełomie politycznym 1989 r.

Tło historyczne W XIX w. w sąsiedztwie wsi Górna Grupa wzniesiono trzypiętrowy pałac, stanowiący własność rodu Bismarcków – zamieszkiwała w nim siostra kanclerza Ottona von Bismarcka. Po zakończeniu I wojny światowej Górna Grupa wraz z resztą Kociewia znalazła się w granicach odrodzonego państwa polskiego. Majątek Bismarcków został przejęty przez urząd ziemski w Grudziądzu. W 1922 r. sprzedano go zgromadzeniu werbistów. W przeddzień oficjalnego przejęcia majątku przez zakonników gmach padł ofiarą podpalenia, którego sprawcy pozostali nieznani. Do 1927 r. werbiści odbudowali pałac, urządzając w nim dom zakonny, seminarium, gimnazjum i dom rekolekcyjny. W czasie niemieckiej okupacji w latach 1939–1945 zakonników usunięto z Górnej Grupy, a w gmachu urządzono niemiecki sztab, strzelnicę i więzienie.

W 1945 r. werbiści powrócili do majątku. W 1952 r. został on jednak znacjonalizowany przez władze komunistyczne. Jedynie pięciu werbistom pozwolono pozostać w Górnej Grupie. W poklasztornym gmachu urządzono natomiast szpital psychiatryczny – filię Państwowego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu nad Wisłą. Przez następnych 28 lat nie podjęto praktycznie żadnych działań, aby odpowiednio przystosować gmach na potrzeby szpitala ani dokonać jego remontu i modernizacji. Ograniczono się niemal wyłącznie do przedzielenia dużych sal płytami pilśniowymi.

Na początku lat 80. XX w. szpital w Górnej Grupie zmagał się z problemami charakterystycznymi dla całej psychiatrii w PRL: niedofinansowaniem, niedoborem personelu, zagęszczeniem i złym stanem technicznym. XIX-wieczny gmach miał drewniane stropy, w niektórych miejscach wzmocnione stalowymi belkami. Drewniane podłogi były pokryte łatwopalną wykładziną z PCW. Również izolacja ścian wykonana była z materiałów łatwopalnych (mchu, igliwia, trocin). Pacjenci przebywali w 20-osobowych lub 40–50-osobowych salach. Szpitalne łóżka były tam rozstawione tak gęsto, że z powodu braku miejsca pacjenci musieli przechodzić po łóżkach sąsiadów. Z relacji świadków wynika ponadto, że korytarze miały zabudowane przejścia, co uniemożliwiało bezpieczną ewakuację.

Na co dzień do potrzeb pacjentów nie przywiązywano większej wagi. Wielu zostało de facto porzuconych przez własne rodziny, które od lat nie utrzymywały z nimi żadnego kontaktu. Nagminną praktyką było „wynajmowanie” lżej chorych pacjentów okolicznym rolnikom do prac polowych. Na porządku dziennym było także nadużywanie elektrowstrząsów. Warunki bytowe i sanitarne pozostawiały wiele do życzenia. Chorzy nie posiadali szafek na ubrania i przedmioty osobiste, stąd byli zmuszeni trzymać je w łóżkach. Z powodu braku ubikacji musieli załatwiać potrzeby naturalne do wiader.

Na zły stan zabezpieczeń przeciwpożarowych zwracano uwagę jeszcze przed wybuchem pożaru. Podczas kontroli strażackiej, którą przeprowadzono w szpitalu we wrześniu 1979 r., stwierdzono liczne uchybienia. Odnotowano, że chorzy niemogący poruszać się o własnych siłach byli umieszczani na najwyższych piętrach. Stwierdzono również nadmierne zagęszczenie sal oraz brak schodów ewakuacyjnych. Co więcej, część wyjść ewakuacyjnych została zlikwidowana lub zastawiona ciężkimi szafami, by zapobiec ucieczkom pacjentów. Zalecenia pokontrolne zostały zignorowane.

Przyczyna Najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru był nieszczelny przewód kominowy. Przypuszcza się, że iskra wydostała się z przewodu i zaprószyła ogień we wnętrzu jednej ze ścian, ocieplonej igliwiem i trocinami. Zanim doszło do pożaru na pełną skalę, ogień przez pewien czas tlił się wewnątrz ścian. Co najmniej dzień przed tragedią niektórzy pacjenci zgłaszali, że wyczuwają dym, a ściany szpitala są nienaturalnie ciepłe. Ich słowom nie dano jednak wiary.

Przebieg pożaru i akcji ratowniczej W nocy z 31 października na 1 listopada 1980 w szpitalu w Górnej Grupie przybywało ponad 300 pacjentów (według niektórych źródeł ich liczba mogła przekraczać 400). Obok osób cierpiących na zaburzenia psychiczne i ciężką niepełnosprawność intelektualną były w tym gronie także osoby, które z różnych względów uznawano za niedostosowane społecznie.

Pożar rozpoczął się na trzecim piętrze, gdzie przebywało 125 mężczyzn – najciężej chorych i najmniej sprawnych. Tej nocy dyżur pełniły tam cztery pielęgniarki. Jedna posiadała kilkuletni staż, pozostałe rozpoczęły pracę w zawodzie cztery miesiące wcześniej. O godz. 23:00 pielęgniarki, zgodnie z regulaminem szpitala, zamknęły na klucz od zewnątrz wszystkie sale, w których przebywali pacjenci. Podczas, gdy cztery kobiety udały się do pomieszczenia socjalnego, by przygotować sobie kolację, dyżur na korytarzu pełnił pacjent znany w szpitalu pod przydomkiem „Ali”. Jako pierwszy zauważył ogień i usiłował ostrzec pielęgniarki. „Ali” cierpiał jednak na zaburzenia związane z piromanią, stąd jego okrzyki zostały zignorowane.

W pewnym momencie w szpitalu zgasły światła, co było efektem awarii instalacji elektrycznej, spowodowanej rozprzestrzeniającym się pożarem. Początkowo fakt ten nie wzbudził niepokoju wśród personelu. W PRL pogrążonej w kryzysie przerwy w dostawach energii elektrycznej były na porządku dziennym.

Andrzej Rutkowski, szpitalny palacz i konserwator, który przebywał w części mieszkalnej gmachu, zauważył w pewnym momencie, że w Górnej Grupie palą się światła. To wskazywało, że brak elektryczności nie był spowodowany przerwą w dostawach prądu. Gdy wyszedł na korytarz, by sprawdzić bezpieczniki, poczuł dym. Wyczuli go także inni mieszkańcy. Rutkowski udał się do piwnicy po kilof i przy pomocy sąsiadów zaczął rozbijać ceglany mur, który oddzielał część mieszkalną od części szpitalnej. Bijący z otworu żar uniemożliwił jednak wejście do znajdującej się po drugiej stronie szpitalnej sali. W międzyczasie również pielęgniarki na trzecim piętrze zorientowały się, że w budynku wybuchł pożar. Poruszając się po omacku zdołały otworzyć jedną z sal, skąd przez szpary w specjalnie zabezpieczonych oknach głośno wzywały ratunku. Tymczasem wśród pacjentów przebywających na drugim i trzecim piętrze wybuchła panika, której nie dało się opanować.

Po kilkunastu minutach do szpitala dotarł zastęp ochotniczej straży pożarnej z Górnej Grupy. Przed północą na miejscu było siedem zastępów strażackich. Akcja ratownicza była jednak prowadzona chaotycznie i w trudnych warunkach. Strażakom brakowało sprzętu, w tym latarek, lin, strażackich hełmów i noszy. Znajdujący się w szpitalnym ogrodzie staw był zanieczyszczony liśćmi, w konsekwencji czego pompy strażackie nie były w stanie pobierać zeń wody. Nie działał także znajdujący się na podwórzu hydrant. W konsekwencji z gaszeniem ognia musiano czekać do czasu przybycia beczkowozów. Strażacy zdołali poszerzyć wybity przez pracowników otwór w murze, jednakże z powodu braku kombinezonów żaroodpornych nie byli w stanie wejść do środka. Ostatecznie z płonącej sali udało się wyciągnąć tylko jednego, ciężko poparzonego pacjenta. Po pewnym czasie do akcji ratowniczej włączyli się żołnierze z pobliskiej jednostki wojskowej. Oni również nie dysponowali specjalistycznym sprzętem, a ich maski przeciwgazowe okazały się bezużyteczne w warunkach pożaru.

Akcję ratowniczą dodatkowo utrudniał fakt, że w placówce znajdowało się wielu pacjentów długoterminowych, dla których szpital był jedyną znaną rzeczywistością. Mieli oni w pamięci surowe przykazania personelu, by nie opuszczać swoich sal. Widok żołnierzy i strażaków w maskach interpretowali natomiast jako działania wojenne, reagując paniką. Niektórzy stawiali opór lub ukrywali się pod łóżkami. Inni, po wyprowadzeniu ze szpitala, wracali ponownie, aby zabrać pozostawione rzeczy osobiste. Sytuację udało się opanować, gdy ktoś wpadł na pomysł, aby ratownicy założyli białe kitle. Pewna liczba spanikowanych pacjentów wydostała się ze szpitala na własną rękę, po czym rozbiegła się po okolicznych lasach i wsiach, gdzie później znajdywali ich funkcjonariusze milicji. Inni przy siedmiostopniowym mrozie czekali przed płonącym budynkiem, ubrani w piżamy, w pantoflach lub wręcz boso. Jednocześnie przed szpitalem zebrał się tłum gapiów z sąsiednich miejscowości, który według relacji świadków mógł liczyć ponad tysiąc osób.

Pożar szybko ogarniał budynek. Zawalił się dach i stropy między piętrami. W jednej z 40-osobowych sal, w której wciąż znajdowali się pacjenci, runęła podłoga, na skutek czego została zasypana znajdująca się poniżej kaplica werbistów. W ostatniej chwili zasypania uniknęli wtedy salowy i kilku żołnierzy, którzy usiłowali wynieść z kaplicy religijny obraz. Niektórzy z pacjentów spłonęli żywcem na łóżkach, do których byli przymocowani pasami. Inni stratowali się w panice i ulegli zaczadzeniu pod drzwiami w oczekiwaniu na pomoc. Rozmiary tragedii mogłyby okazać się nawet większe, gdyby eksplodowały znajdujące się w szpitalu butle z gazem. Zapobiegła temu bohaterska postawa trzech żołnierzy, którzy bez rozkazu, ryzykując własnym życiem, wynieśli butle z płonącego budynku.

Po ugaszeniu pożaru do uprzątnięcia zwłok przystąpili żołnierze służby zasadniczej, działając na polecenie sekretarza komitetu gminnego PZPR. Świadkowie wspominali, że zwłoki wielu ofiar były całkowicie zdeformowane na skutek ognia, a na ich widok nawet doświadczeni ratownicy, nie mówiąc o żołnierzach z poboru, doznawali załamania nerwowego.

Ofiary W czasie pożaru zginęło na miejscu 52 pacjentów. Kolejnych trzech zmarło w szpitalu na skutek odniesionych obrażeń, co podniosło całkowitą liczbę ofiar śmiertelnych do 55 osób. 26 pacjentów zostało ciężko poparzonych. Pacjentów, którzy zginęli w pożarze, pochowano 11 grudnia 1980 w zbiorowej mogile na przyszpitalnym cmentarzu w Świeciu.

Nazwiska ofiar wymienione na nagrobku, który postawiono w 2010 r. na zbiorowej mogile:

Nazwisk pozostałych 9 ofiar nie ujawniono.

Epilog Dzień po pożarze w Górnej Grupie na miejsce przybyli wicepremier Henryk Kisiel oraz wiceminister zdrowia Tadeusz Szelachowski. Śledztwo w sprawie ustalenia przyczyn tragedii zostało podjęte niezależnie przez prokuraturę wojewódzką, specjalną komisję rządową oraz komisję powołaną przez wojewodę bydgoskiego.

12 grudnia 1980 opublikowano oświadczenie rządu o następującej treści:

Początkowo podejrzewano, że przyczyną pożaru była awaria instalacji elektrycznej. Milicja Obywatelska rozważała również hipotezę, szybko jednak zarzuconą, iż pożar wzniecił wspomniany piroman „Ali”.

Prokuratura postawiła zarzuty dwóm pracownikom szpitala: Janowi Górskiemu – zastępcy dyrektora do spraw ekonomiczno-finansowych oraz Mieczysławowi Chyle – kierownikowi działu administracyjno-gospodarczego. Zarzucono im niedopełnienie obowiązków, a także narażenie pacjentów na utratę zdrowia i życia poprzez niewykonanie zaleceń z kontroli przeciwpożarowej przeprowadzonej w 1979 r.. Proces rozpoczął się jesienią 1981 r., przy czym Górski zmarł jeszcze przed jego zakończeniem. Ostatecznie sprawa została umorzona na mocy amnestii z 1984 r..