Bitwa o Buna-Gona – jeden z najważniejszych epizodów walk na Nowej Gwinei podczas II wojny światowej na Pacyfiku. Krwawe zmagania trwające od połowy listopada 1942 niemal do końca stycznia 1943 roku zakończyły się zwycięstwem aliantów, ale zwycięstwo to zostało okupione znacznie większymi stratami niż lepiej znane opinii publicznej walki o Guadalcanal. W rezultacie klęsk pod Buna-Gona i na Guadalcanalu, Japończycy nie byli w stanie zrealizować swego planu zablokowania Australii i przecięcia jej szlaków komunikacyjnych ze Stanami Zjednoczonymi i musieli przejść na wszystkich frontach walk na południowo-zachodnim Pacyfiku do obrony.
Tło konfliktu
thumb|Położenie Buna-Gona na mapie Nowej Gwinei i otaczających ją obszarów (odległości podano w milach) Po przegraniu przez Japończyków bitwy na Morzu Koralowym, co uniemożliwiło im szybkie zajęcie Portu Moresby desantem, ich siły wylądowały 21 lipca 1942 roku na północnym wybrzeżu Nowej Gwinei i ustanowiły kilka przyczółków w pobliżu wiosek Buna, Sanananda i Gona, skąd ruszyły szlakiem Kokoda, wiodącym przez wysokie na 4000 m pasmo górskie Owena Stanleya w nadziei zdobycia Portu Moresby od strony lądu. Niewielkie siły australijskie, jakie Japończycy napotkali na szlaku, toczyły przez dwa miesiące ciężkie walki obronne, spychane krok za krokiem przez lepiej przygotowanych do walk w dżungli Japończyków. W chwili, gdy linia frontu znajdowała się zaledwie 48 km od Port Moresby, siły japońskie stanowiły już tylko 20% początkowych stanów. Reszta zginęła, odniosła rany lub została powalona przez choroby. Opieki medycznej w zasadzie nie było, a nawet najzdrowsi cierpieli z głodu. Mimo to generał-porucznik Tomitarō Horii za wszelką cenę chciał zdobyć Port Moresby.
Wycieńczeni, ale zdeterminowani żołnierze japońscy zatrzymali się 17 września na szczytach tuż przed grzbietem pasma Imita, skąd widzieli światła Portu Moresby i gdzie oczekiwali na obiecane zaopatrzenie i posiłki. Generał Horii był zdruzgotany, gdy dowiedział się, że ma wycofać swych ludzi na północ, by Cesarska Armia Japońska mogła zgromadzić wszelkie możliwe siły do pokonania nieprzyjaciela na Guadalcanalu.
29 września Australijczycy podjęli pościg za uchodzącymi Japończykami tocząc na wąskiej, błotnistej ścieżce zacięte boje z ariergardą japońską. Japończycy zdołali przygotować umocnioną linię obronną na brzegu Eora Creek, ale po kilku dniach zostawili pozycje chorym i rannym, podczas gdy reszta spiesznie oddaliła się w stronę wybrzeża, porzucając cięższą broń, skrzynie z amunicją, słowem wszystko, co mogło opóźnić odwrót. Oddziały australijskie z łatwością pokonały nie w pełni sprawnych obrońców i kontynuowały pościg, dopóki nie natrafiły na dobrze przygotowane stanowiska przyczółka Buna-Gona.
Tymczasem na przełomie sierpnia i września 1942 roku inne siły australijskie w bitwie o zatokę Milne pokonały Japończyków, którzy próbowali zdobyć strategicznie ważny port i lotnisko na południowo-wschodnim krańcu Nowej Gwinei. Po raz pierwszy w walkach lądowych wojny na Pacyfiku aliantom udało się uniemożliwić Japończykom osiągnięcie zamierzonego przez nich celu.
Sceneria i przygotowania thumb|Zdobyczne japońskie działo przeciwlotnicze 75 mm thumb|Ranny żołnierz australijski i Fuzzy-Wuzzy AngelZapożyczone z wiersza Kiplinga określenie „fuzzy-wuzzy” odnosiło się, w czasach powstania Mahdiego, do wojowników z plemienia Bedża. Podczas walk na Nowej Gwinei Australijczycy używali go (z dodatkiem „angel” – anioł) w odniesieniu do wspomagających ich Papuasów. Scena przyszłej bitwy wokół Buna-Gona to bagnista równina. Położona pomiędzy brzegiem morza a podnóżami gór Owena Stanleya rozciąga się na szerokość około 12 km, przy czym nigdzie nie sięga wyżej niż 3 m n.p.m., a lotnisko pod Buną leży na wysokości 1 m n.p.m. Główny ciek wodny regionu, rzeka Girua, szeroka na 7–20 m u stóp wzniesień, niewiele dalej płynie przez rozległe bagna, gdzie rozpada się na szereg odnóg, tworzących deltę sięgającą od przylądka Sanananda na północy po wioskę Buna na południu. Między dwoma z tych odnóg, Entrance Creek i Simemi Creek, leżą bagna nie do przebycia. Wokół rozciąga się gęsta dżungla, w delcie i wzdłuż wybrzeży rozciągają się lasy namorzynowe. Krajobraz uzupełniają zagajniki palm kokosowych sięgających 40 m wysokości, zaś otwarte przestrzenie porastają wysokie na 2–3 m trawy kunai o ostrych jak brzytwa krawędziach. Średnia temperatura powietrza wynosi 35 °C, a wilgotność przekracza 85%. Opady deszczu to 250 mm dziennie.
Widoczność w takim terenie była bardzo ograniczona. Żołnierz siedzący w okopie poza bezpośrednim otoczeniem nie widział właściwie nic, a stojący – i narażający się tym samym na strzał snajpera – nie dalej niż 25 m. Grunt, nawet tam gdzie nie było bagna, nasiąknięty był wodą. Przejść można było jedynie kilkoma wyżej położonymi ścieżkami, jakie wydeptali krajowcy, ale i one były niemal zawsze błotniste. Japończycy w takich właśnie miejscach pobudowali swe zamaskowane bunkry trzymające pod ogniem dojście z każdego kierunku. Żaden pojazd nie mógł tamtędy przejechać. Dżungla, zarośla, bagna i rzeki powodowały, że oskrzydlenie japońskich pozycji było niemożliwe. W tym klimacie z łatwością szerzyły się malaria, denga, tyfus i dyzenteria, nie mówiąc już o lżejszych schorzeniach jak owrzodzenia stóp i pachwin, czy grzybice.
Japończycy Wojskami japońskimi dowodził generał-major Kensaku Oda, następca gen. Tomitarō Horii’ego, który utonął w rzece Kumusi podczas odwrotu szlakiem Kokoda po nieudanej próbie zdobycia Port Moresby.
Obrona przyczółka Buna-Gona opierała się na trzech rejonach umocnionych: najdalej na północ wysunięty był odcinek od przylądka Wye po misję w Gona (dowódca mjr Tsume Yamamoto). W centrum, wokół przylądka Sanananda, powstały umocnienia, których przedłużeniem były stanowiska ogniowe na szlaku wiodącym z wioski Soputa (dowódca płk Yosuke Yokoyama, który był jednocześnie dowódcą całości). Trzecie i największe fortyfikacje rozciągały się od półwyspu Endaiadere w pobliżu plantacji Duropa aż do wioski Buna. Obejmowały misyjne i rządowe zabudowania w Bunie oraz lotnisko, które zostało przez Japończyków rozbudowane, a pas startowy przedłużony (dowódcą obrony odcinka był kpt. Yoshitatsu Yasuda). Cały front obrony japońskiej miał niecałe 10 km długości i zaledwie 1200 m głębokości. Rejony umocnione były wprawdzie odseparowane od siebie, lecz łączność między nimi i liniami zaopatrzenia była – przynajmniej na początku – dobra. Początkowo Japończycy utrzymywali kontakt nawet z Rabaulem, skąd otrzymywali zaopatrzenie i uzupełnienia oraz gdzie odsyłali, na pokładach jednostek nawodnych, a pod koniec już tylko podwodnych, swoich rannych. Alianci potrzebowali aż dwóch miesięcy, by ostatecznie przeciąć tę linię komunikacji.
Garnizon japoński był mieszaniną oddziałów armii i marynarki. Na samym początku liczyły łącznie około 5500 ludzi. Na lewym skrzydle na aliantów czekały w misji Gona dwa bataliony 41 Regimentu Piechoty oraz elementy 144 Regimentu Piechoty i 15 Regimentu Inżynieryjnego, które zajmowały umocnione pozycje wzdłuż drogi Soputa-Sanananda i szlaku ku przylądkowi Killerton. Prawego skrzydła, gdzie znajdowały się zabudowania wioski Buna i stary pas startowy, broniły 3 Batalion 41 Regimentu Piechoty, dywizyjny oddział kawalerii i 47 Batalion Artylerii Przeciwlotniczej z ośmioma działami 75 mm. Prócz tych oddziałów było tam także około 500 żołnierzy piechoty morskiej z 5 Specjalnego Oddziału Desantowego „Yokosuka” i 5 Specjalnego Oddziału Desantowego „Sasebo”. 1 Batalion 41 Regimentu zajmował stanowiska wokół zabudowań misji Gona. W nocy 1/2 grudnia na północ od tego miejsca wylądowało około 1000 żołnierzy z Brygady Yamagata w składzie: dowództwo brygady, 3 Batalion 170 Regimentu Piechoty i bateria artylerii górskiej. Pozostałe elementy Brygady Yamagata (również około tysiąca żołnierzy) wylądowały w nocy 12/13 grudnia w pobliżu ujścia rzeki Mambare. Te posiłki wzmocniły siły japońskie na przyczółku do 6500.
Wobec wysokiego poziomu wód gruntowych (91 cm poniżej poziomu gruntu w najwyższych miejscach) Japończycy nie mogli kopać głębokich okopów i schronów. Zamiast tego pobudowali setki bunkrów z pni palmowych. Większe z tych bunkrów służyły żołnierzom za schrony podczas bombardowań i ostrzału ciężkiej artylerii, które opuszczali, gdy atak minął, i płytkimi rowami łącznikowymi przedostawali się do mniejszych, również umocnionych stanowisk ogniowych. Rowy łącznikowe pozwalały żołnierzom przemieszczać się pomiędzy stanowiskami i wspierać zagrożone odcinki. Większe bunkry były osłaniane z boków, przodu i tyłu przez żołnierzy przyczajonych w jednoosobowych, płytkich okopach. Niektóre z nich były dodatkowo zabezpieczone stalowymi płytami, szynami i 50-galonowymi beczkami wypełnionymi piaskiem. Kilka bunkrów wokół porzuconego pasa startowego półtora kilometra od misji Buna zbudowano z betonu i stali. Na niektóre blokhauzy narzucono dodatkowo warstwę ziemi, którą zaraz pokrywała roślinność, co dodatkowo zabezpieczało przed ogniem artylerii. Blokhauzy takie mieściły z reguły cztery-pięć stanowisk karabinów maszynowych i 20–30 żołnierzy. Wszystkie fortyfikacje zostały zbudowane tak, by wzajemnie kryły się ogniem.
Umocnienia na wysuniętych pozycjach zostały umieszczone w gęstwinie dżungli. Otwory strzelnicze znajdowały się nisko nad ziemią, a same bunkry, których wysokość nie przekraczała 2-2,5 metra i które zakrywała gęsta tropikalna roślinność – były praktycznie niewidzialne dla atakujących, tym bardziej, że owa roślinność, kryjąca ognie wystrzałów, stwarzała żołnierzom alianckim trudności w rozeznaniu się, gdzie znajduje się nieprzyjaciel. Ze wszystkich pozycji można było prowadzić ogień z broni maszynowej wspomagany przez licznych snajperów ukrytych w koronach drzew.
Alianci W dowództwie sił sprzymierzonych ścierały się odmienne koncepcje strategiczne prowadzenia dalszej walki z Japonią. Thomas Blamey, który objął dowodzenie całością sił australijskich na Nowej Gwinei podczas walk na szlaku Kokoda, myślał tylko o zabezpieczeniu Australii, gen. MacArthur – z nominacji prezydenta Roosevelta aliancki głównodowodzący wszystkich rodzajów broni na Obszarze Południowo-Zachodniego Pacyfiku – marzył o powrocie do Manili i w związku z tym forsował koncepcję ofensywy przez Nową Gwineę w kierunku Filipin, a admirał Chester Nimitz, głównodowodzący na Obszarze Pacyfiku, uważał, że wygraniu wojny zadecyduje ofensywa na środkowym Pacyfiku. W związku z tym żaden z nich nie był skłonny do współpracy z oponentem, i przekazywania do jego dyspozycji podległych sobie sił i środków. Ernest King, naczelny dowódca Floty Pacyfiku, a jednocześnie Szef Operacji Morskich, pomimo iż nie był do końca zadowolony z tej rywalizacji, niewiele mógł wskórać, wskutek szczupłości sił aliantów wobec olbrzymich obszarów tego teatru działań, skutkiem czego prośby MacArthura i Blameya o wsparcie floty często były ignorowane. Tak było i tym razem: MacArthur na prośbę Blameya zażądał wsparcia niszczycieli, ale odpowiedź była odmowna. Brak wsparcia ze strony floty wynikał z niedostatku dokładnych map morskich i locji nowogwinejskiego wybrzeża, wobec czego admiralicja nie była skłonna wysyłać okrętów głównych klas na ten akwen, ale także ze wspomnianych niesnasek między amerykańskimi dowódcami.