Wkrótce linie kolejowe połączyły miasto z resztą kraju przyczyniając się do jego błyskawicznego rozwoju. Już na początku XX wieku było uważane za miasto, w którym można rozpocząć wszystko na nowo i ponownie dojść do bogactwa. Jednak dla Afroamerykanów z Południa miasto to było jakby Ziemią Obiecaną (ze względu na walkę z niewolnictwem) i oferowało dużo więcej niż tylko możliwość zatrudnienia w rozwijającym się przemyśle. Chicago było łatwo dostępne; pociąg dowoził ich prosto z Tennessee, Missisipi i Arkansas. Miasto posiadało gazetę Defender, która była obecna w codziennym życiu Afroamerykanów w Chicago. Poza tym było dla nich najbardziej znanym miastem amerykańskim ze względu na tanie wielkie firmy wysyłkowe Sears, Roebuck i Montgomery Ward, które zaopatrywały biedną ludność Południa w potrzebne artykuły, a bluesmanów nawet w gitary. Nowojorski Harlem był zapewne kulturalną stolicą czarnej Ameryki (która, notabene, całkowicie odrzucała blues), ale Chicago zajmowało drugie miejsce po Missisipi w sercach Afroamerykanów. Do pożaru Chicago w 1881 r. wszystko oprócz zimy przypominało im rodzinne strony Południa: drewniane domki z kurami na podwórkach, z ręcznie wypisanymi cennikami na sklepach, bliskość wody (Chicago zostało jednak potem odbudowane jako miasto murowane).