Myśląc, że koledzy zabiorą rannych sami się ewakuowali, pozostawiając rannych towarzyszy broni samych. Następnego dnia rano ciała dwóch żołnierzy odnaleziono pod kordegardą.
Grupa streifa opuściła miejsce zbiórki zaraz po lotnikach. Żołnierze mieli zaskoczyć niemieckich wartowników, lecz strzały od strony kordegardy uniemożliwiły im zaskoczenie Niemców oraz zdobycie nad nimi przewagi. Zostali ostrzelani przez wartowników posterunku. Panująca tej nocy ciemność powodowała, że nie było widać ani ostrzeliwujących, ani ostrzeliwanych. W tej sytuacji Andrzej Morro wysłał dwóch szturmowców na tył streify i kazał im rzucić w stronę nieprzyjaciela butelki zapalające. Dzięki temu dojrzeli żandarmów, a sami pozostali niewidoczni. Gdy w końcu dostali się do środka, wartowników już nie było.
W momencie gdy grupa posterunek I zbliżała się do drutu kolczastego, otaczającego posterunek żandarmerii, padły pierwsze strzały. Wcześniejsze strzały oraz problemy z przecięciem drutu spowodowały, że im też nie udało się zaskoczyć wroga. Gdy dostali się na teren ogródka, zostali zaatakowani przez Niemców. Trzech żołnierzy wdarło się do budynku i obezwładniło policjantów. Natomiast inni z grupy kontynuowali atak z dworu. Wrzucili butelki zapalające, które się nie zapaliły, rzucili więc filipinkę.