Drugi policjant płacząc i trzymając strzelbę skonfiskował film i nakazał Arnoldowi opuszczenie tego terenu. Gordon Arnold zasugerował, że obawiał się zgłosić służbom ów incydent ze względu na niewyjaśnione zgony osób w mniejszym lub większym stopniu powiązanych z wydarzeniami z dnia śmierci prezydenta – nie został więc wezwany przed Komisję Warrena ani Komisję Śledczą Izby Reprezentantów do Spraw Zabójstw. Według artykułu, w czasie zamachu Arnold był żołnierzem United States Army, który właśnie ukończył szkolenie podstawowe i zgłosił się dwa dni później do służby w Fort Wainwright na Alasce.
Podsumowanie Chociaż istnienie fałszywych agentów Secret Service zostało wspomniane 15 lat wcześniej przez świadków, nie ma dowodów na to, że Gordon Arnold był na Dealey Plaza podczas zamachu. Nie widać go na zdjęciach ani filmach, a żaden ze świadków na trawiastym pagórku nie wspomina o jego obecności. Otrzymał jednak wsparcie od senatora Ralpha Yarborougha, który jechał w prezydenckiej kolumnie. Yarborough skontaktował się z dziennikarzem Earlem Golzem, który opublikował historię Arnolda i powiedział Golzowi, że widział człowieka, który upadł na ziemię w sposób opisany przez Gordona Arnolda.