I Specjalny Obóz Zarządu Informacji Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego – jeden z obozów specjalnych NKWD na terenie Polski, funkcjonujący od 5 listopada 1944 do 21 kwietnia 1945 w Skrobowie pod Lubartowem.

Obóz został założony w ramach represji wobec Armii Krajowej, mających na celu ugruntowanie władzy komunistycznej w Polsce. Choć formalnie podlegał Głównemu Zarządowi Informacji Ludowego Wojska Polskiego, w rzeczywistości był nadzorowany przez sowiecki Smiersz. Zdecydowaną większość więźniów stanowili żołnierze Ludowego Wojska Polskiego, którzy wcześniej należeli do AK. 48 internowanych uciekło 27 marca 1945, pozostałych zesłano do łagrów.

Założenie obozu W zabudowaniach obozu pierwotnie znajdował się internat szkoły zawodowej. Po inwazji Niemiec na Polskę budynki zaczęły służyć jako koszary Wermachtu. W lecie 1941 (na początku operacji Barbarossa) założono tam obóz dla jeńców sowieckich. Po wyzwoleniu Lubartowa przez 27 Wołyńską Dywizję Piechoty AK i zajęciu okolicy przez wojska sowieckie, generał Dmitrij Bakanow uczynił główny budynek obozu swoją kwaterą. 25 lipca spotkał się tam z pułkownikiem Janem Kotowiczem i oznajmił mu, że zgodnie z rozkazem dowództwa sowieckiego, 27 DP ma przejść do służby pokojowej i zostać przezbrojona. Mimo próby negocjacji, żołnierze złożyli broń. Jesienią 1944 szybko przygotowano obiekt na obóz dla akowców.

Założenie obozu poprzedziła ogólna, nagła zmiana podejścia komunistycznej propagandy do AK. Wcześniej jej żołnierzy traktowano na równi z żołnierzami AL. Sytuacja zmieniła się diametralnie na początku października 1944, zaraz po upadku powstania warszawskiego. Akowców zaczęto nazywać sojusznikami Hitlera i zdrajcami. Wszyscy akowcy którzy ostatecznie znaleźli się w obozie, podjęli wcześniej służbę w Ludowym Wojsku Polskim i stamtąd trafili do Skrobowa.

Formalnie obóz założono 8 listopada 1944 z rozkazu Michała Roli-Żymierskiego. Mieli do niego trafiać żołnierze 2 Armii Wojska Polskiego wykazujący nielojalność wobec władz komunistycznych. W rzeczywistości już 5 listopada przywieziono pierwszych internowanych, choć trwały jeszcze wtedy prace przy zbijaniu prycz, umacnianiu ogrodzenia itd. Oficjalnie obóz podlegał Głównemu Zarządowi Informacji WP, w rzeczywistości został zorganizowany siłami sowieckiego kontrwywiadu wojskowego (Smiersz).

Więźniów sprowadzano do obozu podstępem, pod różnymi pretekstami. Ośmiu podoficerów miało pojechać, aby przejąć lotnisko w Dęblinie. Dwudziestu akowców wyczytano z listy jako przeznaczonych do pełnienia warty u nieokreślonego generała. Innych wezwano na odprawę do dowództwa brygady, gdzie rzekomo mieli nauczyć się większej ostrożności w posługiwaniu się bronią na ćwiczeniach. Kpr Jerzy Lipnicki ps. „Wilczur” miał być wydelegowany na spotkanie z Józefem Stalinem w Lublinie jako jeden z przodujących żołnierzy. Innymi pretekstami były: wyjazd do szkoły oficerskiej, odebranie odznaczeń czy reprezentowanie jednostki na uroczystości. Następnie internowani byli rozbrajani, zatrzymywani i przewożeni do Skrobowa bez stawiania im jakichkolwiek zarzutów.

Więźniowie

Wysłanie więźniów do Skrobowa miało charakter chaotycznej czystki, przeprowadzonej w biurokratyczny sposób. Prawdopodobnie każdej jednostce odgórnie wyznaczono liczbę osób, które miały trafić do obozu.

Więźniowie Skrobowa byli w większości żołnierzami AK – z tej grupy wszyscy wstąpili do LWP i stamtąd trafili do obozu. Większość stanowili również oficerowie działający wcześniej w partyzantce antyniemieckiej, z których kilku walczyło w powstaniu warszawskim. W obozie było jednak również kilku oficerów, którzy stopnie otrzymali podczas wojny polsko-bolszewickiej, a później nie brali udziału w jakichkolwiek walkach. Wielu osadzonych pochodziło z Okręgu Lubelskiego AK, ale każdy okręg na wschód od Wisły miał swoją reprezentację w Skrobowie. Większą część internowanych stanowili również żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. W obozie było też kilku partyzantów ze zgrupowania „Jeszcze Polska nie zginęła” i Batalionów Chłopskich, jeden andersowiec Roman Sznajder, a także trzech cywilów – dwóch nauczycieli i organista. Łącznie więźniów było 513.

Najwyższym stopniem więźniem był ppłk. Edward Pisula, wybrany przez więźniów na starszego obozu, czyli ich przedstawiciela w kontaktach z władzami.

Funkcjonowanie obozu Obóz leżał w Skrobowie (obecnie jest to Skrobów-Kolonia), 4 km od Lubartowa, przy szosie Lubartów–Kamionka. Jego obszar zajmował około 6 hektarów. Był ogrodzony płotem z drutu kolczastego o wysokości 4 metrów. Nad bramą wisiał szyld z napisem SKROBÓW(Zdjęcie opublikowane w:) . W rogach ogrodzenia znajdowały się wieżyczki w których przez całą dobę przebywali strażnicy uzbrojeni w karabiny maszynowe i pepesze. Internowani przebywali w głównym budynku (dawny internat szkoły zawodowej), również odgrodzonym czterometrowym płotem. Dla oficerów przeznaczono sale oddzielne, podczas gdy podchorążych, podoficerów i szeregowych ulokowano we wspólnych pomieszczeniach. W największej sali umieszczono ponad 40 więźniów, w pozostałych przetrzymywano po kilkanaście osób. Najmniejszą, ośmioosobową celę zajmowali więźniowie najstarsi stopniem i wiekiem. Oprócz tego na terenie obozu znajdowały się cztery mniejsze budynki: koszary, kuchnia, łaźnia oraz dom stanowiący mieszkanie komendanta i miejsce przesłuchań.

Komendantem obozu był major NKWD, Aleksander Kałasznikow. Nosił polski mundur i nieudolnie starał się wmówić więźniom, że jest Polakiem. Wcześniej pełnił funkcję komendanta jednego z łagrów na Workucie, gdzie był nazywany „krwawym Aloszą”, a jego okrucieństwo zostało opisane w jednym z opowiadań Aleksandra Sołżenicyna. Więźniowie obozu w Skrobowie zapamiętali go jako człowieka brutalnego i ordynarnego, często miał przy tym znajdować się pod wpływem alkoholu. Zastępcą komendanta był kpt. Władymir Polakow, a szefem Informacji Wojskowej mjr. Fiodor Ruchajło. W okolicy stacjonował batalion liczący od 1100 do 1200 żołnierzy, w większości Sowietów.

Warunki w obozie były trudne. Na śniadanie internowani dostawali 300 g chleba i słabą kawę. Na obiad zazwyczaj dawano im wodnistą zupę, a wieczorem pozostałe z niej resztki. Innym typowym posiłkiem była chochla rzadkiej kaszy jęczmiennej, w której często pływały kozie oczy i zęby. Internowani spali na pryczach zbitych z desek, bez pościeli. W Skrobowie panowały niskie standardy sanitarne. Obecne były pasożyty – pchły, pluskwy, wszy i świerzbowce. Wśród internowanych byli lekarze, jednak ich wysiłki niewiele dawały, przez brak dostępu do jakichkolwiek środków dezynfekcyjnych. Obóz bywa nazywany obozem koncentracyjnym.

Początkowo myślano, że w obozie przetrzymywani są Niemcy. Grypsy wyrzucane przez więźniów pokazały okolicznym mieszkańcom, że jest inaczej. Zaczęły wtedy również dochodzić paczki z żywnością, którą internowani dzielili się z innymi. W paczkach przemycano wiadomości do żołnierzy.

Również szeregowi strażnicy byli przekonani, że w Skrobowie są więzieni volksdeutsche i kolaboranci. Z tego powodu ich stosunek do internowanych był początkowo jednoznacznie wrogi. Gdy okazało się, że więźniami są żołnierze AK, stosunek strażników do internowanych nieco się poprawił, ze strony niektórych strażników – zwłaszcza Polaków, odnotowywano nawet sporadycznie drobne gesty sympatii.

Więźniowie byli całkowicie odizolowani od świata zewnętrznego – nie mieli dostępu do książek ani jakichkolwiek gier towarzyskich. Grali w samodzielnie wykonane karty i szachy zrobione z chleba. Układano wierszyki i piosenki, wykonywano portrety żołnierzy i obrazki religijne. W niedziele przyjeżdżał ksiądz z Lubartowa, choć zabronione było kontaktowanie się z nim, w tym spowiedzi. Zespół młodszych oficerów wystawiał spektakle teatralne, skecze i występy śpiewacze. Niektórzy uprawiali gimnastykę na świeżym powietrzu, spodziewając się że dobra kondycja przyda im się w najbliższej przyszłości.

Przesłuchania odbywały się w charakterystycznym, białym budynku. Więźniów zazwyczaj nie bito, ale grożono im długim zesłaniem na Syberię. Przesłuchiwano tylko niewielką część internowanych, było również kilku konfidentów którzy regularnie informowali o tym, co się dzieje w obozie. Szybko zostali jednak wykryci przez internowanych, przez co nie byli skuteczni.

Pod koniec listopada 1944, wraz z dwoma wyższymi oficerami, wizytę w obozie złożył Aleksander Zawadzki. Powiedział więźniom, że to on ich tu umieścił i że powinni się cieszyć z bycia w Skrobowie, a nie w Związku Radzieckim. Szydził z internowanych, porównał Skrobów do kurortu. Rozwścieczyło to akowców, którzy otoczyli Zawadzkiego, po czym zostali roztrąceni przez wartowników.

4 grudnia 1944 siedmiu więźniów – szeregowych i podoficerów uciekło z obozu. Po zmroku i w mgle przeczołgali się rowem odpływowym pod ogrodzeniem z drutu kolczastego, po czym przecięli zewnętrzne ogrodzenie prymitywnymi nożycami. Czterech jednak zostało ujętych, a los pozostałych trzech jest nieznany.

Ucieczka mały|alt=Rozległe pole uprawne, w oddali widać las i zarośla|Pole uprawne na trasie ucieczki, około 1,5 km od obozu

W marcu 1945 internowani zaczęli myśleć o ucieczce. W grypsach informowano, że żołnierze sowieccy wycofali się w większości z ziemi lubelskiej, a akowcy odnawiają kontakty i ponownie łączą się w grupy o charakterze samoobrony przed represjami. W Niedzielę Palmową 25 marca więźniowie otrzymali w paczce informację, że wkrótce zostaną wywiezieni do ZSRR, przebrani uprzednio w mundury niemieckie. Pod wpływem tej informacji zdecydowali się na bezzwłoczne podjęcie próby ucieczki. Najstarszy stopniem więzień – ppłk. Edward Pisula uznał, że akcja jest bardzo ryzykowna, jednak jej nie zabronił. Zaplanowano ją na wtorek 27 marca.

Rano, przy formowaniu grup wychodzących do pracy, doszło do zamieszania i wśród 60 oddelegowanych znalazło się 15 niewtajemniczonych w plan ucieczki; a tyle samo, wiedzących o planie zostało w budynku. Więźniów podzielono na cztery grupy, które miały wykonywać różne prace. W grupie pracującej przy obieraniu ziemniaków, około godziny jedenastej, jeden z akowców poprosił wartownika o ogień, po czym szybko go rozbroił, gdy ten sięgał po zapałki. Pozostałe grupy niemal jednocześnie zaatakowały i rozbroiły strażników, po czym wtargnęły z pepeszami do koszar i zdobyły amunicję oraz broń od pilnujących obóz. Uciekinierzy biegli w kierunku bramy, krzycząc „Bracia, nie strzelać, otwórzcie bramę!”, po czym jeden z rozbrojonych wartowników rzeczywiście otworzył bramę.

Po wyjściu z obozu, uciekinierzy skierowali się na południe, w stronę Lasów Kozłowieckich. Na trasie było grząskie pole, przez co musieli biegnąć dwiema miedzami, stając się łatwym celem. Ponadto, strzelano do nich z Willysa, który jednak szybko umilkł po ostrzelaniu przez uciekających akowców. Strzelał również jeden milicjant. Mimo to, trafionych zostało tylko trzech żołnierzy, z czego jeden był ciężko ranny i trzeba było go nieść na płaszczu. Nie ruszył za nimi żaden pościg z obozu.

Po 3,5 kilometra biegu dotarli ostatkiem sił do lasu. Mieli dużo broni, ale brakowało im amunicji. Wybrali dowódcę – por. Piotra Mierzwińskiego ps. „Wierny”. Zdecydowali, by na początku wyruszyć na południe celem zgubienia pościgu i maksymalnego oddalenia się od Skrobowa, a następnie skierować się na północny zachód, na teren Mariana Bernaciaka ps. „Orlik”, by dołączyć do jego oddziałów. Tylko dwóch żołnierzy jakkolwiek znało teren, ale podczas marszu przez las spotkali lokalnego gospodarza, akowca z Nowodworu, od którego dostali jedzenie, pomógł im on również zostawić rannego kolegę u zamieszkałego w pobliżu swojego znajomego. Zostali poinformowani, by trzymać się rzeki Mininy, która uchodzi do Wieprza w rejonie Jeziorzan.

Nad rozlewiskiem dopadła ich obława, przez co dziewięć osób postanowiło oddzielić się od grupy, by uniknąć złapania. Ta grupa dalej się podzieliła, przez co prawdopodobnie tylko dwie osoby przeżyły. Reszcie udało się uciec, idąc po dnie płytkiego zbiornika.