Milicja próbowała usunąć „skamieniałą” wykuwając ją wraz z fragmentem drewnianej podłogi, jednak wezwany na miejsce cieśla był bezradny, ponieważ narzędzia, jakimi dysponował, okazały się nie wystarczające dla naruszenia skamieniałych desek wokół zastygniętej, a jeden z milicjantów próbując „wydziabać” skamieniałą za pomocą siekiery został zbryzgany krwią, jaka z niej wytrysnęła.
Wieść o rzekomym wydarzeniu, dzięki bliskim i znajomym lekarzy i milicjantów wezwanych na miejsce, szybko obiegła miasto. Milicja szerokim kordonem konnych i pieszych funkcjonariuszy odgrodziła dom wraz z sąsiadującymi ulicami od ciekawskich, wstrzymując na pół roku jakikolwiek ruch pieszy i samochodowy w kilku kwartałach. Na miejsce zdarzenia sprowadzono uczonych i duchownych z samej Moskwy, jednak nikt z nich nie mógł nic poradzić. W przeddzień Nowego roku wg kalendarza juliańskiego (13 stycznia 1956) na miejsce zdarzenia dopuszczony został proboszcz miejscowej cerkwi świętych Piotra i Pawła Serafim Połza, który wyjął ikonę z rąk skamieniałej dziewczyny i przepowiedział, że poruszy się ona dopiero w Wielkanoc. Tak też się stało – po 128 dniach skamienienia, w Wielkanoc 1956 Zoja poruszyła się. Według jednych dziewczyna zmarła trzy dni później, według innych została mniszką jednego z odległych monastyrów.